sobota, 25 września 2010

Joaquin „Ściemniacz” Phoenix – historia upadku i triumfu


Jeszcze przed premierą „I’m still here”, film o upadku i pogrążeniu odtwórcy pamiętnej roli Johny’ego Casha wywołał niemałe poruszenie i skandal.
Polecam Artykuł na ten temat w Gazecie Wyborczej.
No i bardzo dobrze. Zrobili w trąbę krytykę, publiczność, środowisko, słowem wszystkich. Sam byłem niepocieszony, kiedy dowiedziałem się, że aktor się wycofał. Zdążyłem się już zniesmaczyć i pomyśleć o kolejnym straconym dla świata holywoodzkim ćpunie i wodospadzie sodówy uderzającym do gwiazdorskiej głowy. Czyli dałem się zrobić w trąbę razem z resztą naiwniaków. I bardzo dobrze! Tym mocniej przyznaję niczym filmowy Obelix, że „moja mea culpa” i z tym większą niecierpliwością oczekuję na premierę efektu makiawelicznego podstępu Afflecka i Phoenixa. W końcu kino polega na sztuce zręcznego oszukiwania i manipulowania widzem. A próbka aktorskich umiejętności Phoenixa pokazanych w "naćpanym" wywiadzie udzielonym Lettermanowi, to po prostu mega majstersztyk.

sobota, 28 sierpnia 2010

Ajrisz Iwning w Trójkowym Studiu
















W Sobotni wieczór po raz pierwszy trafiłem na koncert do studia im. Osieckiej w Radiowej Trójce. Nie był to żaden przypadek, bo koncertowała kobieta, o której moja szanowna siostra wyraża się (nie tylko ze względu na subtelną urodę, ale też delikatność muzyki) per „Najpiękniejsza Kobieta Świata” - Lisa Hannigan.

Koncertowy czas Lisa współdzieliła z niejaką Aurą Dione, a to z racji faktu wspólnego jutro gwiazdowania na warszawskim festiwalu pomarańczy. Jednak Aurze, nie poświęcę wiele uwagi, ponieważ nie rusza mnie absolutnie jej twórczość, a porównania do Tracy Chapman, którą swego czasu zachwycałem się (tak, tak – to było jakiś czas temu), traktuję jako wyjątkową przesadę i mówienie na wyrost. Słowem – nie moja bajka.

Ale pojechałem przecież dla Lisy. I nie zawiodłem się wcale. Mimo że recital nie zajął więcej niż 45-50 minut, to zmieściło się tam naprawdę wiele – delikatność, luz, optymizm, wspólna z publicznością radocha, a na koniec pazur w postaci coeru „Personal Jesus”. Po prostu bardzo fajne, skondensowane spotkanie z naprawdę uroczą artystką, która nie ma pretensji stadionowo-ołtarzowych, a zamiast tego potrafi się bardzo fajnie dzielić emocjami i przekazywać je publiczności.

Na Lisę Hannigan wspaniale się patrzy, nie tylko z powodu wymienionych już walorów – urzekająca jest w jej twórczości pełna naturalność – brak gwiazdorzenia, zastąpiony urokiem normalności – można by się z tą dziewczyną piwa napić i pomuzykować i pogadać po prostu. Cały zespół wyglądał, jakby spotkali się przed chwilą w pubie i wymyślili parę fajnych numerów, którymi postanowili się po prostu podzielić. Do takiego lekkiego, optymistycznego grania, sytuacja wymarzona. :)

Wieczór uważam za niezwykle udany, a moja sympatia zarówno do Lisy jak i do kameralnych koncertów wskoczyła na co najmniej dwa poziomy wyżej. Koncertu będzie można wysłuchać w następną niedzielę w Trójce.

piątek, 27 sierpnia 2010

Pustynna włócznia stępiała


Po na prawdę niezłym i świeżym debiucie w postaci dwóch tomów „Malowanego człowieka” spodziewałem się kontynuacji co najmniej trzymającej poziom, jeżeli nie uderzającej od razu do sedna w myśl Hitchcockowskiej zasady, że zaczynać się powinno od trzęsienia ziemi. W końcu podkład w postaci wejścia w świat powieści już mamy. I to jak wspomniałem całkiem niezły. Trudno bowiem w tak skonwencjonalizowanym gatunku jak fantasy wymyślić coś nowego – Brettowi się bardzo sympatycznie udało – świat trochę jak z późnego średniowiecza z pseudoarabskim przyczółkiem, nad którym wisi ciągłe zagrożenie w postaci demonów atakujących nocą wszystkich niezależnie od poglądów, wyznania i rasy. Do tego kilkoro bohaterów, ewoluujących tak, żeby zaprowadzić zmiany – niby schematyczna podróż bohatera. Ale w ramach konwencji świeżo lekko i przyjemnie napisane. Więc co się stało w „Pustynnej włóczni”????
Jeżeli pierwsza część sagi rwała z kopyta i zaskakiwała zwrotami akcji, to w drugiej cały ten pęd zostaje wyhamowany, przez dwie trzecie pierwszego tomu dostajemy prequel całości – spojrzenie spod turbana niejakiego Jardira. Ani się go przez to bardziej polubić nie da, ani specjalnie zrozumieć „co autor miał na myśli”. Jeżeli chodzi o umotywowanie jego działań, to średnio rozgarnięty czytelnik rozumiał motywy Jardira już w poprzednim tomie, jeżeli o sympatię to ze mną się nie udało – nie lubię zdrajcy nadal.
Dopiero w ostatniej części pierwszego tomu coś się zaczyna ślamazarnie dosyć ruszać, a pod koniec już wracamy niemal do prędkości narracji z „Malowanego człowieka” szkoda, że wtedy właśnie kończy się książka. I tu drobna kwestia - dlaczego dzielić włos na czworo a w tym przypadku książkę napisaną jako całość na dwa tomy? Wydawca zasłania się wygodą czytania, kwestiami estetycznymi itd. Do mnie te argumenty nie przemawiają – bo w takim przypadku oznacza to, że Anglicy i Amerykanie są lepsi od nas w czytaniu małych literek (u nich zarówno „Malowany człowiek” jak i „Pustynna Włócznia” zostały wydane w jednym tomie).
Z resztą rozbijanie przez polskich wydawców książek na niebotyczne ilości woluminów to nie jednostkowy przypadek, lecz raczej stała strategia sprzedażowa, np. na „Cykl Barokowy” Neala Stephensona – oryginalnie 3 (grube i owszem) tomy, w Polsce – osiem. Czy to kwestia tylko małych literek – nie sądzę.
Niemniej wracając do „Pustynnej Włóczni”, była dla mnie dość sporym rozczarowaniem, mam nadzieję, że drugi tom zatrze ten niesmak i nie sprawi, że porzucę ten cykl nie skończywszy go ( do tej pory porzuciłem tylko „Oko Jelenia” Pilipiuka, kiedy okazało się a) że czwarty tom nie kończy opowieści, b) że piąty tom (z którego zakupem przezornie postanowiłem się wstrzymać) nie kończy opowieści.

Na koniec mój skromny apel do autorów i wydawców:
Szanowni Państwo – czytelnik wie kiedy gra się z nim fair, a kiedy się go tnie po kolanach. Książka to moja umowa z Wami. Ja czytam, kupuję wrażenia, emocje, stany ducha. Wy piszecie po to żeby te stany ducha przekazać, a przy okazji parę groszy zarobić. Pamiętajcie co jest w tym duecie ważniejsze.

czwartek, 26 sierpnia 2010

Wyspa zanudzonych


Debiutancki film Gaby Ibaneza potwierdza starą filmową maksymę, że z nijakiego pomysłu powstać może film co najwyżej nijaki.
Maria (Elena Anaya) – biolog pracująca w oceanarium i samotna matka, wybiera się ze swoim synkiem Diego na wakacje. Podczas przeprawy promem na wyspę, na której mają wspólnie cieszyć się wypoczynkiem, Diego znika bez śladu. Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, gdy po kilku tygodniach policyjni śledczy wzywają Marię do identyfikacji zwłok chłopca wyłowionych z zatoki. Maria nie potwierdza, że to jej syn, jednak musi pozostać na wyspie by w obecności sędziego przeprowadzić analizę DNA. Wierząc, że Diego wciąż jest na wyspie rozpoczyna poszukiwania poza policyjnymi procedurami.
Surowy klimat wyspy, lunatyczni i zdawkowi mieszkańcy, stwarzają poczucie izolacji, desperacji i osaczenia, z którym mierzy się i tak już emocjonalnie i psychicznie wykończona bohaterka. Do tego momentu wszystko idzie sprawnie, jednak w dalszej części filmu dzieje się niewiele. Można odnieść wrażenie, że reżyserowi bardziej zależy na wizualnych popisówkach, niż na spójnej i zwartej warstwie fabularnej. Traci na tym niestety całość – mimo, że film trwa tylko 90 min. Ciągnie się niemiłosiernie, a ostateczny zwrot akcji okazuje się mocno uproszczony.

Całość recenzji znajdziesz tutaj

sobota, 14 sierpnia 2010

Nazwiska nie trzeba zmieniać - wystarczy wyrobić swoje własne. Parę słów o niedawnej lekturze.



Dwudziestoparoletni Brzeziński wsiadający na Kanadyjskiej prowincji do autobusu, mającego zawieźć go na miesięczny staż na Uniwersytecie Harvarda, to prolog niemal jak z bajki o Kopciuszku. Kopciuszku, który dzięki wytrwałości, przenikliwości i zdolności znacznie bardziej dalekowzrocznej oceny sytuacji, stał się w Ameryce postacią tak samo rozpoznawalną jak kontrowersyjną. Kariera naukowa, polityka pokojowego zaangażowania, mająca dokonywać stopniowego rozsadzania bloku sowieckiego i stanowczy charakter, przysporzyły Brzezińskiemu tyle samo zwolenników, co przeciwników.

Do tych ostatnich z pewnością nie należy Patrick Vaughan, autor biografii tego wybitnego męża stanu. Nie sposób podczas lektury nie zauważyć fascynacji autora osobą Zbigniewa Brzezińskiego, co momentami każe czytelnikowi zdystansować się odrobinę i jeszcze raz przemyśleć to, co właśnie przeczytał. Z drugiej ta widoczna fascynacja i rzetelność autora sprawia, że w tle portretu jednej osoby widać całą historię ostatniego półwiecza z okładem. W aktywności Brzezińskiego, przewijają się bliżej lub dalej (przeważnie jednak na wyciągnięcie ręki) procesy i wydarzenia, które ukształtowały (i wciąż kształtują) obecny świat.

To właśnie ten kontekst - wielość głosów budujących w dużej mierze książkę - od Jana Nowaka-Jeziorańskiego, po Madeleine Albright, tworzy wspaniały chór opisującym świat ostatnich 60 lat. Świat, w którym jedną z najbardziej decyzyjnych i wpływowych osób był i ciągle jest Zbigniew Brzeziński.

Lektura tej biografii, to czysta choć wymagająca pewnej świadomości politycznej i historycznej, przyjemność. Zwłaszcza w kontekście ciągle trwających w Polsce i na świecie zmian. Oprócz sylwetki wybitnego Polaka i Amerykanina, wnikliwy czytelnik zauważy bowiem znacznie więcej - koła historii, trafność diagnoz stawianych przed dziesięcioleciami, a w końcu także rozwiązania, mogące równie dobrze sprawdzić się na rodzimym poletku.

Dla mnie osobiście jest to lektura niezwykle ważna, bo zaprzeczająca tezie, że nie ma już autorytetów. Historia wciąż się pisze, a wśród jej autorów jest także Zbigniew Brzeziński.

środa, 7 lipca 2010

THE TRUTH IS OUT THERE

... to zdanie otwierało każdy kolejny odcinek „Z archiwum X”, prowadząc Foxa Muldera do stopniowego odkrywania sekretu potajemnej inwazji obcej cywilizacji na Ziemię, porwań oraz powszechnego braku wiary wszystkich dookoła w obce ingerencje. Olatunde Osunsanmi, reżyser „Czwartego Stopnia”, podejmując ten sam temat i polewając go paradokumentalnym, sugerującym autentyczność sosem, mógłby zilustrować swoje dzieło innym cytatem z serialowego klasyka – „I want to believe”. On tak – publiczność niekoniecznie.

Opowieść Osunsanmi, rozgrywa się w małym, odciętym od cywilizacji miasteczku Nome na Alasce, które za fasadą sielskiej, otoczonej cudowną (w tym wypadku akurat Bułgarską) przyrodą, skrywa tajemnicę. Dla tych którzy ją poznają, tak przerażającą, że zamiast o niej opowiedzieć, decydują się na samobójstwo. Na nagraniu z amatorskiej kamery – wystraszona, zmęczona i zmieniona od emocji psycholożka, doktor Abigail Tyler mówi powoli, głosem niczym po poczwórnej dawce środka uspokajającego. Mówi o upiornym doświadczeniu swojego życia – o zamordowaniu męża przez nieznanego sprawcę, o przedziwnych zbiegach okoliczności i zbiorowej anomalii – bezsenności u swoich pacjentów oraz o sowie, którą za oknem widzą po przebudzeniu. W międzyczasie obok zapisu realnej rozmowy pojawia się Milla Jovovich, informująca, że to co pojawi się na ekranie jest jedynie odtworzeniem autentycznych zdarzeń. Zaczyna się robić ciekawie. Ciekawość narasta, bo często fragmenty zapisów z amatorskiej kamery współistnieją na podzielonym ekranie z fabularyzowaną rekonstrukcją, wzmacniając poczucie obcowania z czymś prawdziwym.



Jednak tego stanu nie da się utrzymać długo, jeżeli z każdej strony do widza dociera sugestia „tylko pamiętaj, to jest prawdziwe, na prawdę – zero ściemy” – w końcu nachalność i łopatologia z jaką owa autentyczność jest wykładana, nakazuje podważenie jej i szukanie dziur. I wtedy wychodzą szwy... a to zwraca się uwagę, że „autentyczny” pacjent o aparycji drwala ma dykcję niczym z desek teatru, a to gdzieś tam przewinie się podegrany gest... i po autentyczności. A łopatologia płynie z ekranu dalej. W konsekwencji cała opowieść zaczyna być grubymi nićmi szyta i niewiele tajemnicy w niej zostaje.

Całość recenzji znajdziesz tu

wtorek, 6 lipca 2010

Opener 2010 - Moc i pałka Jacka White'a

Przesiadka z Openerowego leniwego Matrixa na pustynię rzeczywistości, to nie jest prosta sprawa. Tam – rano Hel, plaża, morze, flundra w rybiarni, potem koncerty, piwo i koncerty i piwo. A tu, czas za szybko płynie, ktoś coś chce, trudno się ogarnąć.
No ale coś za coś w końcu taki zestaw nie trafia się codzień, myślałem że na wygranych karnetach fuksy się kończą i że jest jakiś limit na używanie mocy (tak, tak – zaczynam już wierzyć George’owi Lucasowi, że wystarczy czasem „use the Force”). Otóż jasna strona mocy zaprowadziła mnie nietylko na koncert Pearl Jam, co ważniejsze zaprowadziła mnie (oprócz innych smacznych kąsków jak Cypress Hill, Mitch&Mitch, Matisyahu czy Archive) na dwa megawydarzenia, na absolutne rarytasy i PRZEkoncerty – Skunk Anansie i TheDead Weather.
Pierwszy – totalny odpał, Eddie Vedder gdyby został dzień dłużej i zobaczył Skin w akcji poczułby się chyba głupio i staro z tym tatusiowaniem, żeby czasem nikt sobie nie zrobił kuku – Skunki pokazali prawdziwy sceniczny ogień a kondycja liderki i jej interakcja z publiką (dała się przenieść na rękach ze 30 metrów od sceny spokojnie, cały czas śpiewając do mikrofonu) to była czysta energia spakowana do półtoragodzinnego show. Eddie – zostajesz piosenkarzem country, Skin – CHCE-MY WIĘ-CEJ!!!



Drugim mistrzostwem świata, jakie zaliczyłem podczas tegorocznej edycji Heńkowego festiwalu była mocarna supergrupa The Dead Weather –Jack White pokazał, że nawet z drugiej linii pozostaje miszczuniem absolutnym, liderem niezaprzeczalnym – a kiedy tylko na (dłuższą) chwilę wstał od garów i wziął się za gitarę – również godnym wybitnym muzykiem i godnym spadkobiercą pochodzacym w prostej linii od bogów bluesa.



I znowu myślałem, że już więcej się nie zdarzy – znowu się myliłem, to JA – byłem jednym z dwóch widzów koncertu TDW, którzy złapali rzucone przez Jacka pałki od perkusji (jak to szło – aaa „use the Force, Luke”). I to dzięki uprzejmości szanownego (pokłony) operatora amatora jest uwiecznione (5:50) tuż po "Treat me like your mother". Dzięki Cwietok !!!!



Mam więc na półeczce power-pałkę oraz mega dobrą inwestycję we wspomnienia.



Czekam na następną edycję Heńka i zbieram w sobie Moc.

PS. Kiedy młoda zobaczyła, że mam pałkę, którą przez półtorej godziny łupał po garach jej idol, ko zaczęła piszczeć i biegać w powietrzu jak młody źrebak – już szykuje ołtarzyk.