Przesiadka z Openerowego leniwego Matrixa na pustynię rzeczywistości, to nie jest prosta sprawa. Tam – rano Hel, plaża, morze, flundra w rybiarni, potem koncerty, piwo i koncerty i piwo. A tu, czas za szybko płynie, ktoś coś chce, trudno się ogarnąć.
No ale coś za coś w końcu taki zestaw nie trafia się codzień, myślałem że na wygranych karnetach fuksy się kończą i że jest jakiś limit na używanie mocy (tak, tak – zaczynam już wierzyć George’owi Lucasowi, że wystarczy czasem „use the Force”). Otóż jasna strona mocy zaprowadziła mnie nietylko na koncert Pearl Jam, co ważniejsze zaprowadziła mnie (oprócz innych smacznych kąsków jak Cypress Hill, Mitch&Mitch, Matisyahu czy Archive) na dwa megawydarzenia, na absolutne rarytasy i PRZEkoncerty – Skunk Anansie i TheDead Weather.
Pierwszy – totalny odpał, Eddie Vedder gdyby został dzień dłużej i zobaczył Skin w akcji poczułby się chyba głupio i staro z tym tatusiowaniem, żeby czasem nikt sobie nie zrobił kuku – Skunki pokazali prawdziwy sceniczny ogień a kondycja liderki i jej interakcja z publiką (dała się przenieść na rękach ze 30 metrów od sceny spokojnie, cały czas śpiewając do mikrofonu) to była czysta energia spakowana do półtoragodzinnego show. Eddie – zostajesz piosenkarzem country, Skin – CHCE-MY WIĘ-CEJ!!!
Drugim mistrzostwem świata, jakie zaliczyłem podczas tegorocznej edycji Heńkowego festiwalu była mocarna supergrupa The Dead Weather –Jack White pokazał, że nawet z drugiej linii pozostaje miszczuniem absolutnym, liderem niezaprzeczalnym – a kiedy tylko na (dłuższą) chwilę wstał od garów i wziął się za gitarę – również godnym wybitnym muzykiem i godnym spadkobiercą pochodzacym w prostej linii od bogów bluesa.
I znowu myślałem, że już więcej się nie zdarzy – znowu się myliłem, to JA – byłem jednym z dwóch widzów koncertu TDW, którzy złapali rzucone przez Jacka pałki od perkusji (jak to szło – aaa „use the Force, Luke”). I to dzięki uprzejmości szanownego (pokłony) operatora amatora jest uwiecznione (5:50) tuż po "Treat me like your mother". Dzięki Cwietok !!!!
Mam więc na półeczce power-pałkę oraz mega dobrą inwestycję we wspomnienia.
Czekam na następną edycję Heńka i zbieram w sobie Moc.
PS. Kiedy młoda zobaczyła, że mam pałkę, którą przez półtorej godziny łupał po garach jej idol, ko zaczęła piszczeć i biegać w powietrzu jak młody źrebak – już szykuje ołtarzyk.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Dead Weather. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Dead Weather. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 6 lipca 2010
poniedziałek, 7 czerwca 2010
Lato w pełni - rower, książki, muzyka...
Sezon rozpoczął się na całego, dlatego zamiast siedzieć w kinie i krytycznie przyglądać się najnowszym osiągnięciom reżyserskiej mądrości w kołysce obiawonej, siedzę na rowerze. Z wiatrem we włosach, racząc się muzyką płynącą wprost z jaskrawozielonego odtwarzacza eksploruję zachodnie Mazowsze.
Trzeba korzystać póki się da, a powalczyć trochę z kamieniami, którymi usłana jest trasa wzdłuż torów kolejki WKD, w rytm dobrego kawałka - czysta przyjemność. Niebawem wracam do starych przyzwyczajeń i zajmuję się na powrót sprawami X muzy.
Polecam weekendową trasę:

A z zupełnie innej beczki - w ostatni piątek udało mi się uczestniczyć w spotkaniu z prof. Zbigniewem Brzezińskim. Spotkanie miało dotyczyć wydanej właśnie biografii szacownego profesora, jednak jak tu gadać o książkach, kiedy ma się do dyspozycji tej klasy autorytet. Prowadzący rozmowę Jacek Żakowski, po paru kurtuazyjnych zdaniach i szybkich pytaniach, przeskoczył zgrabnie do przepytywania gościa honorowego z panoramy problemów światowej polityki bezpieczeństwa, od Ameryki Obamy, przez antagonizm izraelsko-palestyński, aż po rodzime podwórko i projekcje kierunków w jakich zmierza Europa, Ameryka i cały współczesny świat.
Profesor opowiadał z lekkością i znawstwem, błyskając co rusz ciętymi ripostami. Żałowałem ogromnie, że wykazałem się brakiem zapobiegliwości i zamiast aparatu fotograficznego (zabranego w zupełnie innym celu) nie zaopatrzyłem się w gotówkę, za którą mógłbym nabyć, książkę o życiu człowieka, który wspólnie z Amerykanami rozgrywał szachy zimnej wojny.
W sobotę wieczorem, wracając do domu z rodzinnej uroczystości już prawie wybaczyłem sobie ten brak rozgarnięcia, do czasu kiedy zajrzałem do maila - więcej szczęścia niż rozumu - wygrałem tę książkę w internetowym konkursie, o którym zupełnie zapomniałem. Bez autografu profesora, ale i tak nie mogę się doczekać, kiedy wreszcie się za nią zabiorę.
A tu jeszcze coś, przy czym żadne kamienie nie są przeszkodą i na trasie od razu lżej:
Trzeba korzystać póki się da, a powalczyć trochę z kamieniami, którymi usłana jest trasa wzdłuż torów kolejki WKD, w rytm dobrego kawałka - czysta przyjemność. Niebawem wracam do starych przyzwyczajeń i zajmuję się na powrót sprawami X muzy.
Polecam weekendową trasę:

A z zupełnie innej beczki - w ostatni piątek udało mi się uczestniczyć w spotkaniu z prof. Zbigniewem Brzezińskim. Spotkanie miało dotyczyć wydanej właśnie biografii szacownego profesora, jednak jak tu gadać o książkach, kiedy ma się do dyspozycji tej klasy autorytet. Prowadzący rozmowę Jacek Żakowski, po paru kurtuazyjnych zdaniach i szybkich pytaniach, przeskoczył zgrabnie do przepytywania gościa honorowego z panoramy problemów światowej polityki bezpieczeństwa, od Ameryki Obamy, przez antagonizm izraelsko-palestyński, aż po rodzime podwórko i projekcje kierunków w jakich zmierza Europa, Ameryka i cały współczesny świat.
W sobotę wieczorem, wracając do domu z rodzinnej uroczystości już prawie wybaczyłem sobie ten brak rozgarnięcia, do czasu kiedy zajrzałem do maila - więcej szczęścia niż rozumu - wygrałem tę książkę w internetowym konkursie, o którym zupełnie zapomniałem. Bez autografu profesora, ale i tak nie mogę się doczekać, kiedy wreszcie się za nią zabiorę.
A tu jeszcze coś, przy czym żadne kamienie nie są przeszkodą i na trasie od razu lżej:
Subskrybuj:
Posty (Atom)