Na siedemdziesiątą rocznicę urodzin Johna Lennona, mógłbym po prostu wkleić na Facebooku „Imagine” i mieć z bańki – dać wszystkim znajomym i czytelny sygnał, że wiem o co chodzi.
Może i tak, gdyby nie drobny fakt, że rocznica człowieka, którego muzyka, poglądy sama obecność była jedną z iskier zapalnych rewolucji Zachodniego sposobu myślenia, obyczajowości i relacji społecznych zbiegła się w czasie z przyznaniem pokojowej nagrody Nobla innemu okularnikowi-symbolowi – odsiadującemu wyrok w chińskim więzieniu Liu Xiaobo. Nie chcę analizować tutaj znaczenia politycznego i reperkusji decyzji komitetu Noblowskiego, bo nie uważam się za osobę na tyle kompetentną, by sobie na taką analizę pozwolić. Lennon wykorzystywał swoją popularność by propagować pokój na hipisowskiej fali, popularność Xiaobo jest raczej podskórna – nieobecna w oficjalnych mediach. Wymowne.
Szczególnie jeżeli spojrzy się na krótkometrażówkę „I met the Walrus” John Raskina, nagrodzoną Emmy w 2009 i nominowaną do Oscara rok wcześniej. Świetna animacja, niby tylko ilustrująca słowa nagranego prawie 40 lat wcześniej amatorskiego wywiadu z Lennonem, pokazuje w prosty sposób, że zmieniło się w tej materii na prawdę niewiele. Że trzeszczące, czterdziestoletnie słowa Lennona dotyczące zaczynania zmieniania sposobu myślenia w skali mikro – od samego siebie, mogłyby równie dobrze zostać wypowiedziane przedwczoraj na Noblowskiej ceremonii.
„Whatever you do, just do it for peace”
Happy Birthday Mr. Lennon, Congratulations Mr. Liu Xiaobo and Thank You Mr. Ruskin.
„Droga” Johna Hillcoata dostała u mnie spory kredyt zaufania kiedy tylko zamknąłem książkę Cormacka McCarthy’ego pod tym samym tytułem. I kredyt ten nie topniał przez dobre półtora roku, dzielące zakończenie pierwszej lektury od obejrzenia filmu. Do tej pory z resztą uważam literacki pierwowzór za arcydzieło i książkę skomponowaną mistrzowsko. No, to już wiadomo, że filmu za arcydzieło nie uważam. Wiadomo, że z dobrego scenariusza może wyjść ale nie musi, dobry film. W przypadku filmu Hillcoata. Oglądając „Drogę” widać zbiór na prawdę dobrych, a miejscami mistrzowskich elementów, które po prostu nie współgrają ze sobą tworząc mocno nużącą całość. Niestety to co na kartach powieści magnetyzuje, daje estetyczną przyjemność czytania i każe głośno powtarzać zdania, zastanawiać się nad ich melodią i ascetyczną precyzją, w filmie zmienia się w dosłowność, nastrój nieznośnego przygnębienia i depresyjnej monotonii. A i to nie do końca, ponieważ filmową drogę napędza fabuła (mniej lub bardziej dynamiczna) i konieczność „dziania się” zmusza do popychania wydarzeń na przód – nie ma tu miejsca na myślenie i na refleksję tak jak w powieści – w filmie, albo jest pustka, samotność i przemyślenia o misji zachowania człowieczeństwa i niesieniu ognia, albo survival i ucieczka przed niebezpieczeństwem. Opowieść Hillcoata o tułaczce ojca i syna przez spustoszony niewiadomą katastrofą kraj z jednej strony stanowi nieco uproszczoną refleksję nad kondycją więzi społecznych, przywiązaniem do życia, konsumpcjonizmem etc. z drugiej wpisuje się w nurt postapokaliptycznego SF. I jako takie wpisuje się mocno w konwencję świata, zniszczonych, wypalonych, bezkresnych połaci terenu, na których nie sposób spotkać człowieka, a jeśli już, to najpewniej jest to szabrownik lub kanibal. Od strony kreacji i plastyki obrazu „Droga prezentuje bardzo wysoki poziom” – zarówno robota scenograficzna jak i operatorska zasługują tu na bardzo wysokie noty. Podobnie rzecz ma się z odtwórcami, bo choć to produkcja niszowa, to aktorsko obsadzona wcale nieźle – Viggo Mortensen jako Ojciec, Robert Duvall, Guy Pierce czy Charlize Theron. Jedynym aktorskim niewypałem (niestety pierwszoplanowym jest Kodi Smit-McPhee w roli Syna). „Droga” Hillcoata, choć spłaszcza mocno opowieść McCarthy’ego i zamienia wszystkie niedopowiedzenia i niedomalowania w dociągnięte do linii konturu obrazki, to stanowi bardzo porządnie zrealizowany przykład konwencji postapokaliptycznego SF z ambicjami. W przeciwieństwie do zrealizowanych w podobnej konwencji pozycji czysto rozrywkowych, takich jak „Jestem Legendą” czy „Księga Ocalenia”, nie ma tu miejsca na kung fu, mutanty i tajemnicze wirusy. Ludzie cierpią z czysto ludzkich powodów, a słabość nie jest niczym nienormalnym. Wspaniałym elementem dopełniającym obraz jest hipnotyzująca muzyka – widać, że Nickowi Cave’owi dobrze w towarzystwie muzyka „The Bad Seeds” i „Grinderman” - Warrena Ellisa, bo to już trzecia ich wspólna ścieżka dźwiękowa (po „Propozycji” i „Zabójstwie Jesse Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda”) i do tej pory chyba najbardziej udana. Muzyka to niezwykła – na zmianę delikatna i ostra, liryczna i pazurzasta. Na mnie działa tak, że przy KAŻDYM kolejnym odsłuchaniu jestem niepomiernie zadziwiony, że to już się skończyło...szkoda, że tak samo nie mogę powiedzieć o filmie.
Jeszcze przed premierą „I’m still here”, film o upadku i pogrążeniu odtwórcy pamiętnej roli Johny’ego Casha wywołał niemałe poruszenie i skandal. Polecam Artykuł na ten temat w Gazecie Wyborczej. No i bardzo dobrze. Zrobili w trąbę krytykę, publiczność, środowisko, słowem wszystkich. Sam byłem niepocieszony, kiedy dowiedziałem się, że aktor się wycofał. Zdążyłem się już zniesmaczyć i pomyśleć o kolejnym straconym dla świata holywoodzkim ćpunie i wodospadzie sodówy uderzającym do gwiazdorskiej głowy. Czyli dałem się zrobić w trąbę razem z resztą naiwniaków. I bardzo dobrze! Tym mocniej przyznaję niczym filmowy Obelix, że „moja mea culpa” i z tym większą niecierpliwością oczekuję na premierę efektu makiawelicznego podstępu Afflecka i Phoenixa. W końcu kino polega na sztuce zręcznego oszukiwania i manipulowania widzem. A próbka aktorskich umiejętności Phoenixa pokazanych w "naćpanym" wywiadzie udzielonym Lettermanowi, to po prostu mega majstersztyk.
W Sobotni wieczór po raz pierwszy trafiłem na koncert do studia im. Osieckiej w Radiowej Trójce. Nie był to żaden przypadek, bo koncertowała kobieta, o której moja szanowna siostra wyraża się (nie tylko ze względu na subtelną urodę, ale też delikatność muzyki) per „Najpiękniejsza Kobieta Świata” - Lisa Hannigan.
Koncertowy czas Lisa współdzieliła z niejaką Aurą Dione, a to z racji faktu wspólnego jutro gwiazdowania na warszawskim festiwalu pomarańczy. Jednak Aurze, nie poświęcę wiele uwagi, ponieważ nie rusza mnie absolutnie jej twórczość, a porównania do Tracy Chapman, którą swego czasu zachwycałem się (tak, tak – to było jakiś czas temu), traktuję jako wyjątkową przesadę i mówienie na wyrost. Słowem – nie moja bajka.
Ale pojechałem przecież dla Lisy. I nie zawiodłem się wcale. Mimo że recital nie zajął więcej niż 45-50 minut, to zmieściło się tam naprawdę wiele – delikatność, luz, optymizm, wspólna z publicznością radocha, a na koniec pazur w postaci coeru „Personal Jesus”. Po prostu bardzo fajne, skondensowane spotkanie z naprawdę uroczą artystką, która nie ma pretensji stadionowo-ołtarzowych, a zamiast tego potrafi się bardzo fajnie dzielić emocjami i przekazywać je publiczności.
Na Lisę Hannigan wspaniale się patrzy, nie tylko z powodu wymienionych już walorów – urzekająca jest w jej twórczości pełna naturalność – brak gwiazdorzenia, zastąpiony urokiem normalności – można by się z tą dziewczyną piwa napić i pomuzykować i pogadać po prostu. Cały zespół wyglądał, jakby spotkali się przed chwilą w pubie i wymyślili parę fajnych numerów, którymi postanowili się po prostu podzielić. Do takiego lekkiego, optymistycznego grania, sytuacja wymarzona. :)
Wieczór uważam za niezwykle udany, a moja sympatia zarówno do Lisy jak i do kameralnych koncertów wskoczyła na co najmniej dwa poziomy wyżej. Koncertu będzie można wysłuchać w następną niedzielę w Trójce.
Po na prawdę niezłym i świeżym debiucie w postaci dwóch tomów „Malowanego człowieka” spodziewałem się kontynuacji co najmniej trzymającej poziom, jeżeli nie uderzającej od razu do sedna w myśl Hitchcockowskiej zasady, że zaczynać się powinno od trzęsienia ziemi. W końcu podkład w postaci wejścia w świat powieści już mamy. I to jak wspomniałem całkiem niezły. Trudno bowiem w tak skonwencjonalizowanym gatunku jak fantasy wymyślić coś nowego – Brettowi się bardzo sympatycznie udało – świat trochę jak z późnego średniowiecza z pseudoarabskim przyczółkiem, nad którym wisi ciągłe zagrożenie w postaci demonów atakujących nocą wszystkich niezależnie od poglądów, wyznania i rasy. Do tego kilkoro bohaterów, ewoluujących tak, żeby zaprowadzić zmiany – niby schematyczna podróż bohatera. Ale w ramach konwencji świeżo lekko i przyjemnie napisane. Więc co się stało w „Pustynnej włóczni”???? Jeżeli pierwsza część sagi rwała z kopyta i zaskakiwała zwrotami akcji, to w drugiej cały ten pęd zostaje wyhamowany, przez dwie trzecie pierwszego tomu dostajemy prequel całości – spojrzenie spod turbana niejakiego Jardira. Ani się go przez to bardziej polubić nie da, ani specjalnie zrozumieć „co autor miał na myśli”. Jeżeli chodzi o umotywowanie jego działań, to średnio rozgarnięty czytelnik rozumiał motywy Jardira już w poprzednim tomie, jeżeli o sympatię to ze mną się nie udało – nie lubię zdrajcy nadal. Dopiero w ostatniej części pierwszego tomu coś się zaczyna ślamazarnie dosyć ruszać, a pod koniec już wracamy niemal do prędkości narracji z „Malowanego człowieka” szkoda, że wtedy właśnie kończy się książka. I tu drobna kwestia - dlaczego dzielić włos na czworo a w tym przypadku książkę napisaną jako całość na dwa tomy? Wydawca zasłania się wygodą czytania, kwestiami estetycznymi itd. Do mnie te argumenty nie przemawiają – bo w takim przypadku oznacza to, że Anglicy i Amerykanie są lepsi od nas w czytaniu małych literek (u nich zarówno „Malowany człowiek” jak i „Pustynna Włócznia” zostały wydane w jednym tomie). Z resztą rozbijanie przez polskich wydawców książek na niebotyczne ilości woluminów to nie jednostkowy przypadek, lecz raczej stała strategia sprzedażowa, np. na „Cykl Barokowy” Neala Stephensona – oryginalnie 3 (grube i owszem) tomy, w Polsce – osiem. Czy to kwestia tylko małych literek – nie sądzę. Niemniej wracając do „Pustynnej Włóczni”, była dla mnie dość sporym rozczarowaniem, mam nadzieję, że drugi tom zatrze ten niesmak i nie sprawi, że porzucę ten cykl nie skończywszy go ( do tej pory porzuciłem tylko „Oko Jelenia” Pilipiuka, kiedy okazało się a) że czwarty tom nie kończy opowieści, b) że piąty tom (z którego zakupem przezornie postanowiłem się wstrzymać) nie kończy opowieści.
Na koniec mój skromny apel do autorów i wydawców: Szanowni Państwo – czytelnik wie kiedy gra się z nim fair, a kiedy się go tnie po kolanach. Książka to moja umowa z Wami. Ja czytam, kupuję wrażenia, emocje, stany ducha. Wy piszecie po to żeby te stany ducha przekazać, a przy okazji parę groszy zarobić. Pamiętajcie co jest w tym duecie ważniejsze.
Debiutancki film Gaby Ibaneza potwierdza starą filmową maksymę, że z nijakiego pomysłu powstać może film co najwyżej nijaki. Maria (Elena Anaya) – biolog pracująca w oceanarium i samotna matka, wybiera się ze swoim synkiem Diego na wakacje. Podczas przeprawy promem na wyspę, na której mają wspólnie cieszyć się wypoczynkiem, Diego znika bez śladu. Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, gdy po kilku tygodniach policyjni śledczy wzywają Marię do identyfikacji zwłok chłopca wyłowionych z zatoki. Maria nie potwierdza, że to jej syn, jednak musi pozostać na wyspie by w obecności sędziego przeprowadzić analizę DNA. Wierząc, że Diego wciąż jest na wyspie rozpoczyna poszukiwania poza policyjnymi procedurami. Surowy klimat wyspy, lunatyczni i zdawkowi mieszkańcy, stwarzają poczucie izolacji, desperacji i osaczenia, z którym mierzy się i tak już emocjonalnie i psychicznie wykończona bohaterka. Do tego momentu wszystko idzie sprawnie, jednak w dalszej części filmu dzieje się niewiele. Można odnieść wrażenie, że reżyserowi bardziej zależy na wizualnych popisówkach, niż na spójnej i zwartej warstwie fabularnej. Traci na tym niestety całość – mimo, że film trwa tylko 90 min. Ciągnie się niemiłosiernie, a ostateczny zwrot akcji okazuje się mocno uproszczony.
Dwudziestoparoletni Brzeziński wsiadający na Kanadyjskiej prowincji do autobusu, mającego zawieźć go na miesięczny staż na Uniwersytecie Harvarda, to prolog niemal jak z bajki o Kopciuszku. Kopciuszku, który dzięki wytrwałości, przenikliwości i zdolności znacznie bardziej dalekowzrocznej oceny sytuacji, stał się w Ameryce postacią tak samo rozpoznawalną jak kontrowersyjną. Kariera naukowa, polityka pokojowego zaangażowania, mająca dokonywać stopniowego rozsadzania bloku sowieckiego i stanowczy charakter, przysporzyły Brzezińskiemu tyle samo zwolenników, co przeciwników.
Do tych ostatnich z pewnością nie należy Patrick Vaughan, autor biografii tego wybitnego męża stanu. Nie sposób podczas lektury nie zauważyć fascynacji autora osobą Zbigniewa Brzezińskiego, co momentami każe czytelnikowi zdystansować się odrobinę i jeszcze raz przemyśleć to, co właśnie przeczytał. Z drugiej ta widoczna fascynacja i rzetelność autora sprawia, że w tle portretu jednej osoby widać całą historię ostatniego półwiecza z okładem. W aktywności Brzezińskiego, przewijają się bliżej lub dalej (przeważnie jednak na wyciągnięcie ręki) procesy i wydarzenia, które ukształtowały (i wciąż kształtują) obecny świat.
To właśnie ten kontekst - wielość głosów budujących w dużej mierze książkę - od Jana Nowaka-Jeziorańskiego, po Madeleine Albright, tworzy wspaniały chór opisującym świat ostatnich 60 lat. Świat, w którym jedną z najbardziej decyzyjnych i wpływowych osób był i ciągle jest Zbigniew Brzeziński.
Lektura tej biografii, to czysta choć wymagająca pewnej świadomości politycznej i historycznej, przyjemność. Zwłaszcza w kontekście ciągle trwających w Polsce i na świecie zmian. Oprócz sylwetki wybitnego Polaka i Amerykanina, wnikliwy czytelnik zauważy bowiem znacznie więcej - koła historii, trafność diagnoz stawianych przed dziesięcioleciami, a w końcu także rozwiązania, mogące równie dobrze sprawdzić się na rodzimym poletku.
Dla mnie osobiście jest to lektura niezwykle ważna, bo zaprzeczająca tezie, że nie ma już autorytetów. Historia wciąż się pisze, a wśród jej autorów jest także Zbigniew Brzeziński.